Coś o świętach czyli Bóg jest Miłością…

Ciągną, ciągną sanie, góralskie koniki, hej jadą w saniach panny, przy nich Janosiki…. Któż z nas nie zna tej wspaniałej kolędy świątecznej, którą wykonywał zawsze z wyraźnym wdziękiem i przeżyciem zespół Skaldowie…. Zaraz, zaraz, że co proszę? Że to nie kolęda? A dlaczegóż nie? Czy dlatego, że po polsku? A czym się różni od tej amerykańskiej „Jingo bell” chociażby? Przecież w naszej są sanie, a jak są sanie, to musi być i śnieg, prawda? A jak jest śnieg to znaczy, że jest zima, czyli gdzieś w okolicach świąt, może i w samą „gwiazdkę” te konie, i to z dzwonkami, ciągną te sanie… I można dalej udowadniać, że skoro w saniach są i panny i Janosiki, czyli na pewno ładnie ubrani, lub wręcz wystrojeni, młodzi ludzie, to można być założyć, że jadą na ten przykład na pasterkę czyli mszę o północy… A skoro jest pasterka, to i są święta… czyli jest to kolęda, no nie? Może to i ironiczny wstęp do artykułu o nadchodzących świętach.

Chociaż według słownika języka polskiego, ironia to „drwina, złośliwość lub szyderstwo ukryte w wypowiedzi pozornie aprobującej”. Wycofuję się zatem z określenia ironiczny. Z tego tematu nie powinno się drwić ani akceptować pewnego stanu rzeczy. Ten wstęp wziął się z mojego zasmucenie się nad tym, czym dla wielu ludzi stają się te nadchodzące święta. Można by rzec – wszystkim, tylko nie celebrowaniem faktu narodzenia się Bożego Syna na ziemi. W harmonię radosnego brzmienia dobrej nowiny o Zbawieniu, wdziera się coraz głośniej brzmiąca fałszywa nuta, która wykorzystując naturę radosnego świętowania niebywałego wydarzenia, wprowadza fałszywe treści.

Znany aktor polski Maciej Stuhr w wywiadzie dla programu internetowego „20m2 Łukasza” wypowiadał się krytycznie na temat Kościoła katolickiego. W swoim wywiadzie padło jednak z jego ust bardzo interesujące zdanie: „… w kościołach potwornie fałszują, a ja jako człowiek podstawowo wykształcony muzycznie, nie jestem w stanie nawiązać relacji z Bogiem jak słyszę fałszywe dźwięki…” Otóż to! Analogicznie, człowiek, używając terminologii Stuhra, choćby tylko „podstawowo wykształcony” w wierze, powinien szybko wyłapywać fałszywe dźwięki, jakie brzmią w świecie – te zubożające wiarę, obdzierające człowieka z wartości Bożych, ograniczające pragnienia człowieka wyłącznie do spraw materii czy w końcu te próbujące zamknąć wielkość człowieka w wymiarze emocjonalno-fizycznym. Dlaczego my, podstawowo wychowani w wierze, jak i głębiej ją przezywający, nie reagujemy, podobnie jak pan Maciej, na próby zakłamania naszego świata wartości? Dlaczego nie reagujemy, my, którym została dana łaska wiary w sakramencie chrztu świętego, na fałszywie brzmiące tony fałszywych głosicieli czegoś, co prawdą nie jest? W konkretnym odniesieniu do „świąt” – zadawalamy się mówieniem zdawkowego „wesołych świąt”, największą naszą troską jest to, czy choinka ma być prawdziwa czy sztuczna, a przygotowania nasze to kupowanie ton prezentów. Później może przełamiemy się opłatkiem, zjemy dwanaście potraw w wigilię, może i zaśpiewamy kolędę. Fałszywa nuta nas uwodzi, a my w jej rytm tańczymy. Nic zatem dziwnego, że w wielu z nas święta te bardziej budzą złość aniżeli dają poczucie radości. Gdyż zanim się rozpoczną, to my już jesteśmy nimi zmęczeni – te godziny spędzone na bieganiu od sklepu do sklepu, od stoiska do stoiska za idealnym prezentem, te gotowania i szykowania kilkunastu potraw, te sprzątania… I najgorsze jest to, że nie ma kogo obwiniać za nasze zmęczenie i wydane pieniądze…. Choć chwila, jest ktoś. Już wiem!!! To Boga należy ukarać za to, że dzisiaj my musimy robić świąteczne zakupy, gotować i piec, dekorować drzewka i zawieszać miliony światełek na domach, bałwankach i reniferach…. Chociaż jak ktoś słusznie zauważył – winnego już ukarano. Ukrzyżowano go, gdyby ktoś zapomniał…

Tak, to przez tę małą Dziecinę narodzoną w Betlejem dwa tysiące lat temu jest tyle zachodu… On się narodził dla nas z miłości do nas, aby nas swoją Miłością ubogacić. I wcale nie chciał, aby świat zawirował w jakimś zakupowym tanie. Dla Niego wystarczało otwarte ludzie serce, w którym mógłby zagościć i podzielić się z nami Sobą. Ale kto z nas jeszcze myśli o tym, aby dla Jezusa przygotować nie choinkę i prezenty, lecz swoje serce w szczerym zwróceniu się ku Bożej miłości.

Bóg jest Miłością – napisał święty Jan w swoim liście do pierwszych chrześcijan. Myśl, że Bóg jest miłością, wyraża najgłębszy sens tego, kim Bóg jest i jaki jest. Miłość to nie tylko cecha Boga: Bóg nie tylko miłuje, ale również jest miłością. Miłość ma swoje źródło w Nim, w Jego istocie. I Bóg choć wszechmocny, wszechwiedzący i nieskończony – nie przeraża nas, bo wierzymy, że to Miłość kieruje Jego kolejnymi krokami czy wyborami. Ponieważ Bóg jest miłością, dzieli się sobą, tak jak w Betlejem, tak jak podczas każdej Eucharystii. W ten sposób uczy nas doskonałej miłości. Ludzie często szukają tej miłości u innych ludzi – i doznają zawodu. Nawet gdybyśmy byli zupełnie bezgrzeszni, nie bylibyśmy w stanie znaleźć zaspokojenia tego pragnienia w sobie nawzajem. Nasza ograniczona miłość nigdy nie wystarczy, by dać innym poczucie prawdziwej tożsamości i wartości, które jedynie Bóg może im dać. Tylko Bóg jest w stanie w doskonały sposób spełnić ludzkie pragnienie bycia kochanym. On jeden jest źródłem takiej miłości.

Skoro Bóg jest Miłością, to szatan dąży w pierwszym kroku aby zafałszować w umysłach ludzi ten najwspanialszy przymiot Boga. I to mu się coraz lepiej udaje. Coraz więcej ludzi mówi – ja wierzę w Boga, ale nie pragną tego Boga przyjmować w komunii świętej… Przecież modlę się w domu, i to mi wystarczy. I tu okazuje się brak naszej miłości ku Bogu. Miłość zbliża człowieka do człowieka – dziecko do rodziców, męża do żony… itd. Człowiek który kocha, powinien szukać tego zbliżenia do Boga, tej jedności z Nim w Eucharystii… Ale ten zły duch kusi: po co ci chodzić do kościoła…. I brak miłości do Boga sprawia, że łatwiej skierować się ku grzechowi niż ku Miłości… A grzech, to tylko dalsze odchodzenie od źródła miłości… A zły duch tylko czeka, aby człowiek przestał odmawiać z pobożnością i wiarą Ojcze Nasz, bo zły duch nie chce, aby człowiek traktował Boga jak dobrego Ojca, do którego można zawsze przyjść i przytulić się w jego bezpiecznych ramionach. Oj nie, on na to nie pozwoli. Wręcz przeciwnie, straszy niedobrym Bogiem, który nie ma litości dla człowieka słabego… Straszenie wywiera zamierzony skutek, gdyż człowiek nie potrzebuje takiej znajomości, której musiałby się bać. Dalej szatan zaczyna wskazywać na Kościół, czyli ludzi ochrzczonych, czy to kapłanów, czy świeckie osoby, które postępują źle w swojej słabości. Swoją mocą sprawia, że ludzie pozbawieni obrazu dobrego Ojca w niebie, zaczynają utożsamiać ludzi wierzących, ludzi Kościoła, z Bogiem. Oto jaki jest ich Bóg, woła poprzez gazety, które wytykają mniejsze i większe grzechy indywidualnego księdza, zakonnicy, zakonu czy człowieka prostego…. Drobny trik szatański, przez który człowiek słabej wiary nabiera przekonania, że skoro inni postępują tak jak postępują, to i on nie ma się czym przejmować… Boga widać nie ma… I może dlatego obchodzimy jakieś choinkowe „święta” pozbawione Boga…

Lech Dokowicz, znany filmowiec, operator kamery, reżyser, ojciec piątki dzieci, przeprowadził w parafii św. Stanisława Kostki niecodzienne rekolekcje, za które dziękujemy. Były one oparte o cudowne świadectwo wiary. Choć wypełnione słowem, nie słowo w nich było najważniejsze, lecz spotkanie z Jedynym Bogiem w Trójcy Osób złączonych Miłością, do którego nas pan Lech wiódł każdego wieczoru. On Miłości tego Boga doświadczył w najczarniejszej i najtrudniejszej godzinie swego życia, jak sam to powiedział, stojąc u bram piekła. Żyjąc w świecie rozrywki i blichtru, o którym zawsze marzył, pewnego wieczoru przeżył wstrząs. Obrazy, fakty i doświadczenia z jego życia ułożyły mu się jak w kalejdoskopie w przerażający obraz działania szatana, mającego w ręku jego życie i życie wielu młodych ludzi, którzy czczą go, świadomie lub mniej świadomie tego faktu. Zobaczył komu służy i zobaczył siebie u „bram piekła”. Tej nocy, prowadząc największą na świecie imprezę „techno” dla dziesiątek tysięcy ludzi, stojąc za pulpitem sterowniczym, zdobył się na desperackie wykrzyczenie z całego gardła słów – Ojcze Nasz, któryś jest w niebie… Była to modlitwa, której słów nauczyła go matka. Przez długie lata jej nie używał. Ale one przetrwały na dnie jego serca i teraz wzniosły się do Boga krzykiem rozpaczy. Bóg usłyszał szczere wołanie człowieka. Odpowiedział. Pomógł mu wyrwać się ze szponów złych ludzi, może i diabła. W te rekolekcyjne dni otworzył nam oczy na podstępność działania szatana w świecie, które z pozoru błahe, a jednak skutecznie zabijające w człowieku poczucie Bożej Miłości… Co więcej, Lech pokazał nam, że człowiek otwarty na Miłość Bożą zdolny jest pokonać szatana i jego moce, rozgryźć i odrzucić jego sztuczki i triki, poznać nicość i dostrzec pustkę gestów tego, który się pojawia tam, gdzie brakuje Miłości czyli Boga. Lech starał się zaprowadzić nas do Boga żywego, utajonego w Eucharystii, gotowego do dzielenia się miłością zawsze wtedy, gdy człowiek otworzy swoje serce na Boga. Jakże przejmująca po jego słowach była adoracja Najświętszego Sakramentu, gdy jedynym źródłem światła w wyciemnionym kościele była monstrancja promieniująca blaskiem skierowanej na nią pojedynczej żarówki. Kto się otworzył na Boga poczuł Jego Miłość. Mocno poczuł.

Zwykle wydaje się nam, że Bóg nam niepotrzebny. Bo przecież w życiu nam jest dobrze, ciepło, syto, bogato – i chlubimy się, że to my sami, tymi rękami, doszliśmy do tego co mamy. W pamięci już dawno zatarły się drobne szwindle, a może nawet niesprawiedliwości wyrządzone drugiemu człowiekowi. No cóż, im się nie powiodło, tak miało być, usprawiedliwiamy się. Dla nas wyznacznikiem życia jest mały drobny znaczek – $. A może faktycznie jesteśmy uczciwymi do bólu. A może udało nam się, bo pomogły nam karty, tarot, szklana kula, joga, otwarcie się na New Age… Cieszymy się dobrym zdrowiem, siłami, intelektem – ten talizman przywieziony z egzotycznego kraju lub kupiony w małym sklepiku daje nam poczucie wewnętrznego spokoju i przekonanie, że jesteśmy doskonali. W takich chwilach nie zdajemy sobie sprawy, że gdy w życiu brakuje Boga żywego, to wypełnia je przeciwieństwo prawdziwej Miłości i że stoimy u progu wielkiego niebezpieczeństwa dla duszy – nawet tego nie zauważając.

W listopadzie obiegła Polskę wiadomość o aresztowaniu 45-letniego Brunona K., który przygotowywał zamach bombowy w budynku Sejmu m.in. na prezydenta, premiera i członków rządu. Kilka dni później w jednej z gazet nowojorskich był rysunek satyryczny dotyczący owego niedoszłego zamachu, ukazujący obecnego Prezydenta RP na tle Sejmu. Pod rysunkiem był prosty lecz ironiczny komentarz – słowa, które Pan Prezydent miał wypowiedzieć kilku lat wstecz – jaki Prezydent, taki zamach… Przytaczam ten epizod nie z powodów politycznych, szczerze! Bo parafraza tych słów, może nam pozwolić wysnuć pewien wniosek dotyczący obchodzenie świąt Bożego Narodzenia przez nas – jaka wiara, takie święta…

Nic dziwnego, że dla niektórych świętowanie to góra prezentów, dla innych, drzewko jodłowe samo w sobie, dla jeszcze innych okazja do wypoczynku, odpuszczenia pasa przy stole, czy przechylenia kieliszka…. I nie jest ważne czy kolędą jest „White Christmas” czy „ciągną sanie góralskie koniki”, czy „kaczka pstra”…. Byle na stole był karp i „Dziadek Mróz” z Laponii lub z Macy’s. Jaka wiara, takie święta.

B16 jak mówi młodzież, czyli Benedykt 16, ogłosił okres czasu od października 2012 do października 20121 Rokiem Wiary. Papież wyraża oczekiwanie, że Rok Wiary “rozbudzi w każdym wierzącym aspirację do wyznawania wiary w jej pełni”. Wiara ułomną bowiem, a właściwie jej brakiem, jest postawa wybierania sobie z dziedzictwa wiary Kościoła tego, co mi subiektywnie pasuje i tworzenia sobie jakiejś wiary w Boga na własny wzór i podobieństwo. Benedykt XVI podkreśla, że “znajomość treści, w które należy wierzyć nie wystarcza, jeżeli następnie to serce, autentyczne sanktuarium człowieka, nie jest otwarte na łaskę, która pozwala mieć oczy, aby spoglądać na głębię i zrozumieć, że to, co zostało przepowiedziane jest Słowem Bożym”. Wiara jest przede wszystkim osobowym spotkaniem z Bogiem, Ojcem, Synem i Duchem Świętym, którzy – jak poucza nas o tym sama Ewangelia – chcą zamieszkiwać w sercu człowieka. Wiara jest przede wszystkim relacją z Osobą, w zaufaniu do której buduje się własne życie. Pamiętajmy, że do poznania Boga i wiary w niego nie dochodzi się przez Jego zrozumienie – człowiek w swojej ograniczoności nie jest w stanie zrozumieć Boga. Człowiek swoim rozumem nie zrozumie tego, którego nie ogarnia wszechświat. Wyobraź sobie małą pchłę na grzbiecie kota. Jak dalece może ona pojąć, że kot nie jest cały świat? Na ile może ona poznać wielkość ziemi, nie mówiąc już o naszym układzie słonecznym. Na ile komórka, ta jedna z miliardów czy biliardów komórek, które tworzą nasze ciało naszego ciała zdaje sobie sprawę, że żyje w jakimś większym organizmie? Musiała by wyjść poza ten organizm, poza nasze ciało, aby nas dostrzec. Człowiek musiałby wyjść poza nieskończoność Boga, aby go zobaczyć dostępnymi nam w chwili obecnej zmysłami, a to jest niestety, niemożliwe. Boga trzeba się uczyć otwierając się na działanie Jego Miłości, wierząc że On nas kocha bezgranicznie.

Nadchodzi kolejne Boże Narodzenie… Na wigilijnym stole będzie zastawione tradycyjnie jedno dodatkowe nakrycie – dla niespodziewanego gościa, aby w ten wieczór mógł usiąść z nami przy stole miłości. Czy posadzisz na tym miejscu Boga, gdy zapuka do twych drzwi? A może w tym roku sam Go zaprosisz do twego serca… Oby to Boże Narodzenie, przypadające w Roku Wiary ogłoszonym przez Benedykta XVI, było dla nas szczególnym czasem osobistego spotkania się z Jezusem, Miłością prawdziwą. Odkrycia sensu świętowania Bożego Narodzenia i umacniania się w Miłości z całego serca życzę wszystkim czytelnikom, zapewniając o modlitewnym wsparciu. Błogosławionych Świąt Bożego Narodzenia!

ks. Marek Sobczak CM

 

Artykuł ukazał się w nowojorskim tygodniku Kurier Plus, z dnia 22 grudnia 2012, NUMER 953  (patrz strona 6)

Wersja pdf – tylko strona 6