Ty, któryś gorzko na krzyżu umierał – rozważanie – 5 niedziela Wielkiego Postu

W Ewangelii świętego Jana, słyszymy słowa Jezusa który mówi: „ …A Ja, gdy zostanę nad ziemię wywyższony, przyciągnę wszystkich do siebie” ( J 12,32 ). Powiedział to, by pokazać jaką śmiercią miał umrzeć. Jak już pisałem, odbył się sąd nad Jezusem. Potem Piłat kazał Go ubiczować, i wydał na ukrzyżowanie. Jezus tak jak zapowiadał, został „nad ziemię wywyższony”. Była godzina trzecia po południu, gdy Jezus „skłoniwszy głowę oddał ducha” ( J 19,30 ).Wypełniała się Jego zbawcza misja. Śmierć dla każdego człowieka jest czymś strasznym i tajemniczym. Jest czymś co przychodzi zawsze niespodziewanie i za wcześnie. Wielu ludzi uważa śmierć za haniebną, żałosną, okrutną, nieludzką. Dla innych śmierć jest błogim zaśnięciem, uwolnieniem od cierpień doczesnych, przejściem do wiecznego lepszego życia. Jednak czym jest śmierć zależy od tego, jak się umiera. Czy umiera się z przekleństwem na ustach, rozpaczą, czy też z uśmiechem na twarzy i spokojnym sercem. Jaka była śmierć Jezusa? Na pewno nie była to śmierć „słodka”. Trafnie ją określają słowa pieśni wielkopostnej: „Ty, któryś gorzko na krzyżu umierał”. Była to rzeczywiście gorzka śmierć. Jezus wyczerpany torturami, nie mógł długo przeżyć na krzyżu. Nastąpiła śmierć z uduszenia. Jak pisze B. Goebel, „Twarz Jezusa nabierała barwy czerwonej, niemal fioletowej. Pot wytrysnął wszystkimi porami i spływał strumieniami, mieszając się z krwią. Wreszcie całe ciało okryło się śmiertelną bladością. Rysy twarzy kurczyły się i zaostrzały. Wzrok znieruchomiał. Całym ciałem wstrząsnął dreszcz. Głowa pochyliła się na piersi. Jeszcze jedno westchnienie – i kielich cierpienia wychylony został do ostatniej kropli”.

Patrzymy na tę scenę z przerażeniem, w głębokiej ciszy. Nie możemy uwierzyć w to co widzimy. Czy to naprawdę się wydarzyło? Dlaczego On? Jak my ludzie mogliśmy do tego dopuścić! Z głębi naszej duszy wydobywa się wołanie: „Długoś szukał mnie zmęczony – Zbawił krzyżem udręczony – Niech ten trud nie będzie płonny”. Niech Twoja ofiara Panie, nie będzie daremna. Spójrz Jezu, stoję pod Twoim krzyżem nie po to by patrzeć, ale aby zrozumieć. I już wiem co mam zrobić. Słyszę wyraźnie Twoje słowa skierowane właśnie do mnie, do każdego z nas: „Jeśli kto chce pójść za Mną,…niech weźmie krzyż swój” ( Mt 16,24 ).

Dla nas, jak pisałem w poprzednich rozważaniach, jest to przede wszystkim krzyż codziennych zadań i obowiązków, choroby i cierpienia. Tego krzyża nie możemy po drodze porzucić. Musimy go nieść do końca naszych dni. Krzyż bowiem bierze się po to, aby na nim umrzeć. Mamy całe życie spalać się dla Chrystusa, stargać swoje zdrowie, siły, nerwy, poświęcić Mu swój czas, aż do końca. Każdy trud, praca, każde uczciwe wypełnianie obowiązków, zużywa część naszych sił i doczesnego życia. B. Pascal powiedział, że: „Każdy jest skazany na śmierć, z nieokreślonym odroczeniem”.

Jednak widzimy jeszcze ludzi często bardzo młodych, którzy w swoim życiu Boga stawiają na jednym z ostatnich miejsc. Na wszystko mają czas, energię, ochotę, tylko brakuje im czasu dla Chrystusa, czasu na modlitwę, Mszę świętą, sakramenty. Oddalają się powoli od krzyża Zbawiciela, porzucając po drodze swój własny krzyż. Wiara im przeszkadza w codziennym grzesznym życiu. Trzeba bowiem zagłuszyć wyrzuty sumienia. Nie wiedzą jednak, że odrzucając swój krzyż, i tak się od niego nie uwolnią, a nieszczęście dotknie ich i tak w godzinie śmierci. Jest to dobra nauka dla nas. Często za późno, dopiero kiedy umieramy, kiedy przed oczami jak na filmie przewija się całe nasze życie widzimy, że to życie zmarnowaliśmy. Wówczas cisną się nam na usta słowa: gdybym o tym wiedział!

W Ewangelii świętego Jana, Jezus daje nam wyraźną wskazówkę: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli ziarno pszenicy wpadłszy w ziemię nie obumrze, zostanie tylko samo, ale jeżeli obumrze, przynosi plon obfity. Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne. A kto by chciał Mi służyć, niech idzie za Mną, a gdzie ja jestem, tam będzie i mój sługa. A jeśli ktoś Mi służy, uczci go Mój Ojciec” ( J 12,24-26 ).

Niestety, czasu nie da się cofnąć. Pozostaje tylko nadzieja. Każda bowiem dusza zawdzięcza swoje życie i zbawienie śmierci Jezusa Chrystusa. Sobór Watykański II przypomina: „Śmierć cielesna, od której człowiek byłby wolny, gdyby nie był zgrzeszył, zostanie przezwyciężona, gdy miłosierny Zbawca przywróci człowiekowi zbawienie z jego winy utracone…To zwycięstwo odniósł Chrystus zmartwychwstały, uwalniając swoją śmiercią człowieka od śmierci” ( KDK 18 ). Dlatego ból naszej śmierci wiąże się z owocnym bólem śmierci Chrystusa. Niosąc swój krzyż z pokorą i oddaniem, z miłością i otwartością na innych, odpowiadając na wezwanie Chrystusa, pamiętając jednocześnie o śmierci, najlepiej można nauczyć się życia. O tych którzy świadomie oddalają się od Chrystusa, odrzucając Jego naukę, mówią słowa Ewangelii: „Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie” ( J 15,6 ).

Można powiedzieć, iż kto nie trwa w Chrystusie, skazuje się sam. To przecież nie Pan Bóg nas potępia. To my sami na siebie wydajemy wyrok. Bóg bowiem nie może nas zbawić bez nas. Pamiętajmy o tym kiedy przychodzi pokusa, kiedy zło wciska się do naszego serca, a sumienie przestaje nas ostrzegać przed niebezpieczeństwem. Zaufajmy Chrystusowi, a On nas poprowadzi bezpiecznie przez życia ziemskiego trudy i znoje, do wiecznego szczęścia w Niebie.

Henryk Szeląg

(artykuł ukazał się w gazetce parafii Bazyliki Św. Wincentego a Paulo w Bydgoszczy prowadzonej przez Księży Misjonarzy i jest publikowany za zgodą autora.)